Don Juan wraca z wojny- Recenzja ( data: 2008-06-14 19:05:52   /   wyświetleń: 581   /   autor: elbi   /   pobierz notatkę na dysk )



Miałem okazję być na przedstawieniu sztuki teatralnej Ödöna von Horvátha pod tytułem „Don Juan wraca z wojny” w reżyserii Gadi Rolla, które odbyło się 10 listopada 2008 roku w Teatrze Polskim
we Wrocławiu.
Akcja spektaklu dzieje się po I Wojnie Światowej i skupia się na losach młodego mężczyzny, który wrócił z jej frontów z zamiarem odszukania ukochanej, której nie widział od wyjazdu. Jednak zanim do tego dotrze (właściwie to czy w ogóle dotrze jest sprawą dyskusyjną), będzie musiał sobie poradzić z  wieloma problemami, głównie tymi związanymi ze sprawami damsko-męskimi (bo nie wiem czy mogę je nazwać miłosnymi) . Główny bohater „przewinął się przez ręce”- dosłownie i w przenośni – trzydziestu pięciu kobiet, zagranych przez  dziewięć aktorek Teatru Polskiego.
Fabuła nie jest jednak specjalnie zaskakująca, nie ma tu wydarzeń, które byłyby w stanie skłonić
do refleksji. Nie przedstawia także żadnego skandalu czy też niezwykłego wydarzenia. To po prostu historia pewnego człowieka. Skoro jesteśmy przy tym „pewnym człowieku”, to chciałbym zwrócić uwagę na jego kreację. Został nazwany już w tytule Don Juanem. Dziwne, bo trochę się różni od pierwotnej wersji tego bohatera i od powszechnego wyobrażenia o nim. Myślę więc, że został tak nazwany ironicznie, mimo że ma
z nim wspólną cechę, dzięki której otrzymał takie imię – niewątpliwie jest uwodzicielem. Jednak nie uwodzi w taki sposób jakiego byśmy się spodziewali po Don Juanie, brakuje mu do niego bardzo dużo.  To już widać po plakacie omawianego spektaklu – widnieje na nim klatka piersiowa mężczyzny, która bynajmniej nie jest ideałem tej części ciała. Poza tym „nowy” Don Juan jest flegmatyczny, patetyczny, podejmuje wszystkie działania (na które składa się głównie uwodzenie) od niechcenia, bez cienia namiętności. Tutaj wysuwa się
na pierwszy plan gra aktorska Marcina Czarnika. Zagrał właśnie „bez życia”, bez emocji, jakby był znudzony życiem. Raczej Don Juan w jego wykonaniu nie miał na celu zrobić na kimś wrażenia ani tym bardziej stać się wzorem czy bohaterem. Mogłoby się wydawać, że nie taka powinna być rola kreacji aktorskiej. Mimo tego odnosi się wrażenie, że to działanie celowe, taki właśnie miał być ten Don Juan według zamierzeń Gadi Rolla. Prawdopodobnie przyczyną takiego zachowania bohatera była wojna, która zdążyła go „wypalić” i zniszczyć. Inni aktorzy także zostali ciekawie wykreowani, na szczególną uwagę zasługuje Kinga Preis, która grała rolę aż kilku kobiet, z których z każdą poradziła sobie perfekcyjnie.
Jak już wspomniałem, fabuła sama w sobie nie zachwyciła mnie. Jest jednak jakby stworzona żeby dać pole do popisu wszystkiemu, co się składa na formę sztuki teatralnej – Muzyce, scenografii, światłu, grze aktorskiej itp. Scenografia autorstwa Roni Torena jest typowo minimalistyczna, zachwyciła mnie więc tym bardziej, że jest to mój ulubiony rodzaj sztuki, a do tego jeden z najtrudniejszych, ponieważ każdy najmniejszy błąd powoduje wyraźną dysharmonię, którą daje się od razu zauważyć. Wszystkie elementy scenerii zostały umieszczone z ogromną precyzją, sterylnością, a do tego tak subtelnie jak to tylko było możliwe. Na tak dużej scenie, jaka znajduje się w Teatrze Polskim we Wrocławiu efekt był niesamowity, nie było ani chwili, podczas której dało się zauważyć jakieś zakłócenie, niewspółgrające elementy. Ciekawym pomysłem był „śnieg”, który ekipa techniczna starannie odgarniała w czasie przerw między kolejnymi fragmentami w taki sposób, żeby jego rozłożenie idealnie pasowało do każdej sceny. Dodatkowo wszystko to zostało bardzo dobrze rozjaśnione przez mistrzynię oświetlenia teatralnego – Fellice Ross. Gra świateł jest tu naprawdę piękna
i mimo że „ukryta” (w końcu światło nie jest czynnikiem, na który sie zwraca uwagę, lecz tylko fragmentem otoczenia), to jednak przyczyniła się w znaczny sposób do stworzenia niepowtarzalnego klimatu spektaklu, który nie sposób opisać słowami. Jeśli o klimacie mowa, to nie można nie wspomnieć o muzyce, która także została wprowadzona delikatnie, ale właśnie przez to robiła potężne wrażenie. Głównie rozbrzmiewała muzyka ambientowa z elementami klasyki.
Wszystkie te elementy zostały wyeksponowane w ostatniej scenie spektaklu, kiedy to Don Juan klęka przez grobem swej ukochanej i kona. Dzieje się to w półmroku, przy delikatnie padającym śniegu,
w mistycznej mgle i przy akompaniamencie muzyki zespołu Pink Floyd. Dzięki tym wszystkim subtelnym czynnikom panuje w tym momencie niesamowity klimat. Do tego śmierć jest ukazana w wyjątkowy sposób, jaki rzadko jest przedstawiany. Zwykle w filmach, przedstawieniach teatralnych, książkach czy innych formach sztuki w momencie konania bohatera jest napięcie, „coś się dzieje”, jest ekspresja. Tutaj natomiast jest wręcz przeciwnie, nawet nie wiemy w którym momencie następuje moment śmierci, gdyż bohater nawet nie rusza się przez cały ten czas. Jest spokojnie, błogo, kojąco, cicho (mimo tego, a może nawet tym bardziej dlatego, że gra muzyka), został wprowadzony wyjątkowo impresyjny nastrój, wydaje się że czas stanął w miejscu i świat skurczył się do tego fragmentu cmentarza, na którym kończy swoje życie główny bohater. Dodatkowo wybranie piosenki „Goodbye Blue Sky” wspomnianego zespołu Pink Floyd jako tła do tej sceny było bardzo trafnym pomysłem. Utwór ten jest jednym z najlepszych w historii muzyki, i to nie tylko tej współczesnej. Ciężko zrozumieć jak za pomocą tak prostych środków można było uzyskać w tym utworze taki klimat, gitara gra niezwykle nastrojowo i przy tym lekko, czuć że gitarzyście muzyka płynie z serca. Zespół nie „wysila się”, nie prezentuje na siłę wszystkich swoich umiejętności. Wręcz przeciwnie – prezentuje tylko ich część, za to tę najlepiej wyselekcjonowaną, dzięki czemu powstał efekt piękna w prostocie, swoistej „elegancji” . Mimo, że bardzo mało się w nim dzieje, to nie odczuwa się wrażenia że czegoś brakuje, że przydałoby się więcej, mocniej. To jedna z tych piosenek, w których nie zwraca się uwagę na jej techniczną stronę, przy słuchaniu nie tworzy się w głowie obraz muzyków siedzących w studio i po prostu nagrywających kolejną piosenkę. Zamiast tego czuć czyste emocje. Zatrzymałem się na długo przy opisywaniu tego utworu, ale nie zrobiłem tego bez powodu. Opisując go, opisałem zarazem cały spektakl. Polecam teraz cofnąć się o kilka linijek i przeczytać jeszcze raz ten opis, tym razem tak, jakby dotyczył „Don Juana...”. Ten utwór muzyczny jest dokładnie taki sam jak każdy element wyeksponowany w sztuce, a zarazem sztuka ta jako całość – impresywny, liryczny, w pewnym sensie minimalistyczny, subtelny, pełen melancholii, refleksyjny, emocjonalny, baśniowy, bardzo oszczędny  w środkach, a przy tym niesamowicie piękny.
Podsumowując, uważam że spektakl „Don Juan wraca z wojny” jest jednym z tych, w których główną rolę gra forma, treść jest natomiast tylko materiałem, wokół którego ta forma jest budowana i eksponowana, w sposób mistrzowski zresztą. Odbieranie tej sztuki, dzięki efektom wizualnym, muzyce, scenerii czy nawet oświetleniu jest niewątpliwą przyjemnością dla zmysłów.
Przy pisaniu tej recenzji towarzyszyła mi muzyka zespołu Pink Floyd.

English · Katalog notatek · Pomoc · Kontakt

Copyright © 2009 Kamil Rudnicki · On-line 6 monitorowanie pracowników